Na początku mojej drogi po odstawieniu leków często stawiałem sobie ultimatum: albo do określonej daty poczuję się lepiej, albo dalsze istnienie jako pusta skorupa nie będzie miało sensu. Niestety, bywały momenty, kiedy wydawało się, że cierpienie nigdy się nie skończy, ale ostatecznie okazało się to bardzo dalekie od prawdy. Pomimo poczucia stagnacji, z biegiem czasu moje życie stawało się bardziej znośne, a objawy odstawienne z roku na rok słabły.
Warto również pamiętać, że proces zdrowienia często ma nieliniowy charakter i przebiega według schematu „fal i okien”. Po chwilach tymczasowej poprawy mogą pojawiać się nagłe nawroty pogorszenia. Pocieszające jest jednak to, że z czasem okna poprawy stają się coraz częstsze, a fale pogorszenia rzadsze — aż do osiągnięcia pełnej stabilizacji.
W moim przypadku wyglądało to nieco inaczej; przez kilka lat miałem wrażenie, że nie następuje żadna poprawa. Dopiero później zacząłem dostrzegać, że wszystko zmierza we właściwym kierunku.
Gdybym miał przechodzić przez to jeszcze raz, zdecydowanie monitorowałbym swoje postępy w zdrowieniu — co również bardzo polecam robić.
Kiedy zrozumiałem, z czym się mierzę i że nie wiadomo, czy oraz kiedy wrócę do zdrowia, popadłem w rozpacz. Patrząc z perspektywy czasu, stopniowo przechodziłem przez kolejne etapy żałoby: szok, odrętwienie, tęsknotę za dawnym sobą, gorycz, złość, smutek, zagubienie, a w końcu akceptację swojej sytuacji.
Musiałem pogodzić się z tymczasowym pogorszeniem funkcji poznawczych, emocjonalnych i seksualnych, mimo że wtedy nie wiedziałem, czy kiedykolwiek się poprawią — zwłaszcza że przez wiele miesięcy nie widziałem żadnych postępów.
Szukałem wsparcia w terapii i grupach wsparcia, aby nie przechodzić przez to samotnie. Niestety, moja najbliższa rodzina miała trudność ze zrozumieniem tego, przez co przechodziłem, dlatego zacząłem szukać ludzi z podobnymi doświadczeniami.
Niestety miejsca takie jak Reddit czy grupy wsparcia na Facebooku są często słabo moderowane, przez co łatwo pogrążyć się w rozpaczy i beznadziei. Przez długi czas byłem aktywnym uczestnikiem tych społeczności. Choć dawały chwilową ulgę dzięki poczuciu zrozumienia, często jeszcze bardziej pogłębiałem swoje poczucie beznadziei. Co gorsza, sam stałem się jedną z osób, które ciągnęły innych w dół — z czego nie jestem dumny. Ostatecznie zacząłem szukać ludzi, którym udało się wyzdrowieć, zamiast pogrążać się w desperacji razem z tymi, którzy — podobnie jak ja — nie widzieli nadziei na poprawę.
Przez długi czas zaniedbywałem kluczową czynność, jaką jest sen, skupiając się desperacko na szukaniu pomocy. Po odstawieniu leków mój sen był poważnie zaburzony, a higiena snu bardzo słaba. Ostatecznie postanowiłem uczynić sen priorytetem. Zacząłem chodzić spać o regularnych porach (najlepiej przed 22:00, aby zmaksymalizować produkcję melatoniny podczas snu), wyeliminowałem ekspozycję na niebieskie światło przed snem, zadbałem o odpowiednią temperaturę w pokoju i unikałem jedzenia na kilka godzin przed snem.
Kuszące było sięganie po środki nasenne, takie jak melatonina, ale w dłuższej perspektywie tylko pogłębiało to rozregulowanie rytmu dobowego. Gdy w końcu udało mi się ustabilizować cykl snu i poprawić tak podstawową czynność jak sen, znacznie łatwiej było wprowadzać inne zmiany w życiu.
W wyniku stosowania leków psychiatrycznych moja „fabryka neuroprzekaźników” — jelita — została rozregulowana, a mikrobiom wyjałowiony. Postanowiłem przejść na dietę, która pomoże odbudować florę bakteryjną jelit. Wyeliminowałem przetworzoną żywność i przeszedłem na dietę przeciwzapalną (keto/carnivore), co poprawiło mój nastrój, sen i funkcje poznawcze.
Dodatkowo stosowałem psychobiotyki, suplementując szczepy bakterii takie jak Bifidobacterium infantis, Bifidobacterium longum, Lactobacillus acidophilus, Lactobacillus helveticus, Lactobacillus reuteri oraz Lactobacillus rhamnosus, co również korzystnie wpłynęło na zdrowie moich jelit.
Postanowiłem także wesprzeć naturalny proces samoregulacji i oczyszczania organizmu — autofagię — poprzez wejście w stan ketozy. Aby przestawić organizm na spalanie tłuszczu jako głównego źródła energii, nie mogłem przekraczać 50 gramów węglowodanów dziennie. Proces adaptacji i początkowa „keto grypa” trwały około dwóch tygodni. Było to niezwykle trudne, szczególnie gdy objawy keto grypy nakładały się na objawy przedłużonego odstawienia. Gdy jednak ustąpiły, efekty były niezwykłe. W moim przypadku ketoza była punktem zwrotnym, który bez wątpienia przyspieszył proces zdrowienia.
Kolejnym kierunkiem, który postanowiłem zbadać, była neurogeneza. Jako neurobiolog zdecydowałem się wykorzystać wiedzę zdobytą podczas studiów i sprawdzić, czy teoria przełoży się na praktykę. Aby stymulować czynnik neurotroficzny pochodzenia mózgowego (BDNF) — białko wydzielane przez neurony należące do rodziny czynników wzrostu nerwów — musiałem pozostać aktywny fizycznie.
Podczas aktywności fizycznej, zarówno treningu siłowego, jak i aerobowego, uwalnianych jest wiele neuroprzekaźników. Regularny, długotrwały wysiłek fizyczny o umiarkowanej lub wysokiej intensywności prowadzi do wzrostu poziomu BDNF, co wspiera neurogenezę, stymuluje rozgałęzianie komórek nerwowych i stabilizuje połączenia neuronalne.
Pomimo całkowitego braku motywacji i anhedonii, mając poczucie, że moje życie wisi na włosku, zmuszałem się do aktywności — od spacerów po cztery treningi na siłowni tygodniowo. Przez wiele miesięcy nie odczuwałem żadnej nagrody, jakby mój układ nagrody był wyłączony. Po treningach czułem jedynie wyczerpanie i rozczarowanie. Mimo to kontynuowałem ćwiczenia, stopniowo zwiększając objętość treningową. Nagroda przyszła z dużym opóźnieniem. Z czasem zacząłem odczuwać, że mózg wynagradza mnie za wysiłek. Pierwszy moment, gdy poczułem endorfiny i euforię po treningu, był przełomowy. Regularna aktywność fizyczna okazała się ratunkiem, dając organizmowi odpowiedni bodziec do rozpoczęcia procesu zdrowienia.
Po odstawieniu leków często rozważałem sięganie po różne substancje, aby choć na chwilę poczuć ulgę w cierpieniu. Pomimo bardzo ciężkiego stanu szybko zrozumiałem, że używanie substancji podczas zdrowienia znacząco zaburza i spowalnia ten proces. Mój układ nerwowy powoli wracał do homeostazy i regenerował się, dlatego ostatecznie zdecydowałem się zachować całkowitą abstynencję.
W chwilach kryzysu czasami myślałem o powrocie do leków lub wypróbowaniu innej grupy środków, mając nadzieję, że tym razem będzie inaczej albo że nie wpłyną na mnie tak negatywnie. Półtora roku po odstawieniu sertraliny zmagałem się z intensywnymi myślami samobójczymi. Nie widząc poprawy i czując narastającą beznadzieję, popełniłem błąd i ponownie udałem się do psychiatry, który zaproponował trazodon jako „bezpieczny lek”.
Mimo że przyjąłem tylko jedną tabletkę, konsekwencje były katastrofalne. Doprowadziło to do jeszcze większej destabilizacji mojego układu nerwowego w trakcie regeneracji, a mój stan znacząco się pogorszył. Była to dla mnie cenna lekcja, dzięki której już nigdy więcej nie poszedłem tą drogą, mając nadzieję, że kolejna tabletka rozwiąże problem.
Kolejne ryzykowne narzędzie samopomocy, które powinno być ostatecznością i którego nie polecam próbować na początku. Niestety wpadłem w pułapkę myślenia: „Musi istnieć tabletka, która mnie naprawi, skoro inna tabletka mnie zepsuła”.
Poszukiwanie szybkiego rozwiązania i ulgi w cierpieniu było zrozumiałe, ale w tym przypadku niekoniecznie działało, a często przynosiło odwrotny efekt. Na początku procesu zdrowienia próbowałem wielu pozornie bezpiecznych substancji, które okazały się również wpływać na układ serotoninowy (np. dziurawiec czy ashwagandha), niestety prowadząc do negatywnych konsekwencji i zakłócając proces zdrowienia.
Choć ostatecznie znalazłem suplementy, które pomagały mi w regeneracji (takie jak orotan magnezu), z dzisiejszej perspektywy — szczególnie we wczesnym etapie po odstawieniu leków — dalsza ingerencja w już rozregulowany układ nerwowy wydaje się dość ryzykowna. Reakcja na suplementy jest bardzo indywidualna, co czyni ją swego rodzaju loterią, a każda próba niosła ryzyko „crashu” i dodatkowego stresu. Gdybym mógł wybierać ponownie, trzymałbym się od nich z daleka.
Podczas zdrowienia, szczególnie na początku, często doświadczałem dezorientacji, drażliwości i lęku. Uspokajanie układu nerwowego było bardzo pomocne, zwłaszcza w trudnych momentach. W chwilach kryzysu korzystałem z technik oddechowych Wima Hofa oraz relaksacji Jacobsona.
Kolejną świetną metodą była ekspozycja na zimno. Dawała mi chwilowy, ale znaczący wyrzut dopaminy, skutecznie poprawiając nastrój w momentach, gdy myślałem o najgorszym.
Ten cytat, będący tytułem albumu amerykańskiego zespołu Soulsavers, moim zdaniem doskonale oddaje istotę problemu przedłużonego zespołu odstawiennego. Jest to bez wątpienia trauma zarówno dla umysłu, jak i ciała, ale ostatecznie to od nas zależy, czy pozwolimy sobie upaść, czy zdołamy przejść przez ten trudny czas, zadbać o siebie i wrócić do zdrowia.
Upływ czasu od ostatniej dawki leku jest naszym sprzymierzeńcem, ale samo leżenie i bierne czekanie na poprawę może nie wystarczyć, aby przetrwać najtrudniejsze chwile. Podejmowanie działań poprzez wprowadzanie rutyn pozytywnie wpływających na umysł i ciało podczas procesu zdrowienia może stać się iskrą inicjującą kaskadę pozytywnych zmian, łagodzącą, a nawet przyspieszającą powrót do zdrowia. Przynajmniej tak było w moim przypadku.
© 2026 Protracted Withdrawal
Tomasz Starczewski "Protracted Withdrawal"
NIP: 6472501072
ul. Hermanowska 99
54-314 Wrocław, Polska